Siemano! Zacznę od razu z grubej rury: wchodzę rano nago na wagę w przedpokoju, a tam wyświetla się 74,9 kg! Nie wierzę własnym oczom, przesuwam nieco wagę, wynik taki sam, po czym biegnę w desperacji z wagą do łazienki, stawiam ją na kaflach i tam - 74,75 kg. Ufff. Taka wagę nieco łatwiej jest zaakceptować.
Od razu w mojej głowie rozpoczął się rachunek sumienia i analiza, co zrobiłam nie tak. Nie ma co się oszukiwać, że moja dieta jest idealna i przybieram z powietrza lub energii słońca, jak bretarianin. Na pewno są rzeczy, które mogę poprawić, żeby dalej chudnąć. Dokonałam szybkiej analizy:
1. W tym tygodniu jadłam dużo czerwonego mięsa. Wieprzowinka i wołowinka są raczej tłuste, a ja wsuwałam je aż mi się uszy trzęsły. Nie pogardziłam nawet mielonym usmażonym przez męża. Myślę, że czerwone mięsko jadłam nawet 4 dni na obiad.
2. Moje wspaniałe, zachwalane przez męża spaghetti bolognese, skąpane w sosie tłuszczowym. Po którym zwijałam się z bólu żołądka. Nie ma tu nawet co komentować.
3. Odkryłam batonixy proteinowe go on i nie omieszkałam spożywać ich codziennie. Każdy ma 200 kalorii, a wczoraj zjadłam takie 2, usprawiedliwiając się, że mogę, bo spacer.
4. Zamartwianie się stanem zdrowia. Cały tydzień siedziałam na grupie tężyczka z innymi hipochondrykami i biadoliłam, jaka to ja chora jestem. A chory musi się odżywiać. Przez to pozwalałam sobie jeść więcej niż zawsze.
5. Najgłupszy z błędów: wczoraj po intensywnym spacerze, gdy nie chciało mi się jeść, nałożyłam sobie wielką porcję żarcia na obiad (fryty i pierś z kurczaka z piekarnika, brokuły z sosem majonezowo-serowym) i postawiłam jeszcze przy sobie deserek pistacjowy High Protein. Gdy po połowie porcji poczułam się okropnie syta, zamiast przestać jeść, dalej wciskałam to w siebie, bo przecież trzeba odkurzyć talerz do końca. Tak mnie wychowano. Potem, mimo że nafutrowana żarciem nie mogłam już oddychać, musiałam zjeść jeszcze ten deserek proteinowy, no bo jak? Nie schowam go już do lodówki, skoro stał poza nią te 15 minut. Swój błąd powtórzyłam jeszcze raz na kolację. Nie jestem głodna? Nieważne, jest pora posiłku, oto Twoje żarcie, choćbyś miała się zrzygać. (To mój sekret odzyskania wszystkich utraconych w zeszłym roku 10 kg).
Inne możliwe powody przytycia (ach, chciałabym żeby to było to):
1. Grubsza faza cyklu. Jestem tylko kilka dni po owulacji, a wtedy waży się najwięcej.
2. Retencja wody. Moja regeneracja to fikcja, wczoraj zamiast odpoczywać po piątkowym treningu poszłam na spacer do górzystego lasu z mężem i spaliłam 600 kalorii. Wyżłopałam masę wody i się zmęczyłam. Mogło mnie zalać wodą, co?
3. Retencja kupy. Moje jelita są jak z żelaza i nie działa na nie nawet kawa kuloodporna (kawa z olejem kokosowym). Złośliwie zapierają się akurat przed ważeniem i nie chcą nic oddać! Wczoraj z desperacji wypiłam na kolację dzban słodkiego kakao, licząc, że wzruszy te masy. No i pomogło tylko częściowo.
Na pocieszenie: Waga pokazała wzrost masy mięśniowej z 43,85 kg na 44,43 kg, co daje nam ponad 0,5 kg w tydzień! Mąż miał rację, jestem koksem. Powinnam rzucić redukcję i wejść na masę, bo to jedynie mi dobrze idzie jak na razie.
Na niepocieszenie: codziennie jadłam tak dużo białka, a waga nie pokazała poprawy nawet o 0,1 %. Dalej mam 14,3% i niewystarczający poziom. No tak, jak insulina radośnie przetwarza mi to białko na mięśnie i tłuszczyk, i ciągle chce więcej, to co się dziwić.
Mój pociąg odchudzania trochę się rozjechał. Pora wrócić na właściwe tory. Mam następujące pomysły:
1. Deserki proteinowe tylko w dni treningowe. Ostatnio rozpieszczam się deserkiem po każdym obiadku, co daje dodatkowe 150 kalorii każdego dnia. Niby mało no i mają białko, ale nie ukrywajmy, pewnie nie są zdrowe, bo mają słodziki.
2. Okroić 2 śniadania. W tym tygodniu podniosłam kaloryczność drugiego śniadania, dodając białko serwatkowe i batonik. Zostanę przy batoniku, ale białko będę pić wieczorem i tylko w dni treningowe.
3. Przestanę jeść bez sensu. Będę słuchać swojego ciała i przy oznakach, że już starczy, nie będę udawać, że nie rozumiem, co do mnie mówi.
4. Więcej warzyw! Ten tydzień będzie bardziej wegetariański i bez czerwonego mięsa.
Jeśli ta korekta nie zadziała, to wracam do liczenia kalorii, czego nie cierpię. Więc pewnie się postaram.
A co tak poza tym? Mąż mój udał się na rowerową przejażdżkę 120 km. No nie mam sumienia zmuszać go, jak wróci, do spaceru. Więc żeby nie zalegać na kanapie cały dzień, zrobiłam sobie nadmiarowy trening na orbitreku. Włączyłam do tego półtoragodzinny film "Jak szybko chudnąć dr Damian Parol" i dreptałam tak przez cały film na najlżejszym poziomie, żeby się nie zajechać. Nie dowiedziałam się nic odkrywczego - chcesz schudnąć, to musisz mieć deficyt. No ale tym sposobem spaliłam ponad 500 kalorii i przy okazji nabiłam 7000 kroków (zostało do zrobienia tylko 3000 hihi). Opaska nakazuje 12 godzin regeneracji, więc teraz mogę sobie siedzieć na kanapie z czystym sumieniem.