Sobotnie bieganie:
Mam ustawiony cel biegowy na cały rok. Arkusz kalkulacyjny liczy mi ile powinnam w danym tygodniu przebiec, abym do końca roku wykonała swój cel biegowy. Gdy wprowadzam moje kolejne biegi, to arkusz poprawia mi ilości kilometrów i aktualizuje przyszlotygodniowy cel. Gdy wprowadziłam ostatni - sobotni - bieg, byłam pewna, że zabraknie mi 3 km i że nie mam zamiaru biec w niedzielę, bo planuję mieć czas na regenerację. Tymczasem cel się uaktualnił i zabrakło mi 700m. Ale i tak bym tego nie dociągała w biegu, bo zwyczajnie doleciałam do domu ostatkiem sił. Biegłam interwałami - do progowego tętna i z powrotem do marszu. Do progowego i do marszu. Trening taki podnosi wydolność tlenową.
W mijającym tygodniu więc przebiegłam łącznie 30 km. Wczoraj zrobiłam jeszcze niecałe 28km, bo byliśmy u koleżanki na obiedzie i planowaliśmy pić alkohol, więc lepiej jechać rowerami niż ciągnąć słomki kto prowadzi. W Polsce nie można jechać rowerem na gazie. W Holandii po to się jedzie rowerem, by sobie pysk obdrapać na asfalcie niż kogoś samochodem zabić. Znam wiele przypadków obdartych mord właśnie po takim wracaniu i zawsze to jest powód do żartów. Znam też jeden przypadek bardzo ciężkiego upadku z roweru, gdzie facet niemal stracił życie, a na pewno sporą część pamięci, pół roku życia, a gdy wreszcie wrócił do domu to cała ulica wywiesiła flagi holenderskie i przed domem zrobili mu banner powitalny.
Ale nie o tym. Była też joga. Ćwiczeń na macie nie było wcale.
Wczoraj było pochmurno, ale i tak do domu wróciłam ze spalonym dekoltem.