Pamiętnik odchudzania użytkownika:
figurowa_kobieta

kobieta, 39 lat, Kraków

167 cm, 86.00 kg więcej o mnie

Wpisy w pamiętniku

4 kwietnia 2025 , Komentarze (7)

...oczywiście w dobrym sensie :)

Ciężko mi kiedy widzę w sobie, i innych ludziach, hipokryzję, kiedy nie ma w naszym zachowaniu i myśleniu konsekwencji. Przykład z dzisiaj: obserwuję na Instagramie kobietę, która jest w związku z obcokrajowcem (narodowość, gdzie przeważa islam; kraj słynący z wakacyjnego podrywania Europejek). Jej profil jest ok, jest tam dużo wiedzy, czasem żartobliwego sarkazmu. Nie wybiela ona kraju swojego faceta ani nie oczernia polskich facetów, którzy na jej profilu zostawiają dużo szamba w postaci rasizmu i nacjonalizmu. Niestety dzisiaj sama nagrała relację, z której wynika, że ma problem z Ukraińcami, bo coś znalazła na tiktoku. Jak wszyscy wiemy to, co jest w internecie najlepiej podzielić na pięć. Nie mamy wpływu na to co i kto tam publikuje, czy te komentarze piszą rzeczywiste osoby, a nawet jeżeli to prawdziwe osoby to nie wiemy, czy nie mają na celu siania fermentu, ot tak, dla fanu. Napisałam do niej wiadomość prywatną i tam jeszcze bardziej pokazała jak Ukraińcy w Polsce jej przeszkadzają (chociaż sama ostatni raz w Polsce mieszkała 7-8 lat temu). Tu nawet nie chodzi o to, kto i w czym ma rację, po prostu doznałam dysonansu poznawczego, że osoba, która doświadcza rasizmu, agresji z powodu swojego związku, odpowiada tym samym w stronę innej narodowości. Sama swoim hejterom tłumaczy, że wszystkich mieszkańców kraju jej męża nie można wrzucać do jednego worka, ale robi to samo z inną narodowością. 

W moim wpisie nie chodzi o tę konkretną historię, ale chodzi mi o moje postrzeganie tej sytuacji, a mianowicie, że chyba myślę zbyt czarno-biało, bo być może to normalne, że możesz oczekiwać wyrozumiałości od ludzi a tym samym mieć problem z jakąś grupą osób. Ciężko mi wytrzymać, że mamy dwa oblicza w zależności od sytuacji.

Terapia zryła mi banię, bo opadają mi klapki z oczu, widzę siebie i innych zupełnie inaczej. Zawsze postrzegałam siebie aż za dobrze, bo "przecież jestem taka uczynna, wyrozumiała" itp., a tak naprawdę chciałam nosić pelerynę najlepszego człowieka na świecie. Co mi to dało? Tylko wkurzenie i depresję, bo: a) moja teoria, że takie osoby są lubiane to bullshit b) nigdy nie będzie 50-50, i to że ja pobiegłam pomóc koleżance w przeprowadzce to nie znaczy, że ona zrobi to samo.

Powoli do mnie dochodzi, że najlepiej żyje się osobom, które są JAKIEŚ, a osoba JAKAŚ ma dobre i złe cechy, dzisiaj pochwali twoją fryzurę a jutro powie, że sweter, który kupiłaś jej się nie podoba...dzisiaj odwiezie znalezionego psa do schroniska a jutro perfidnie obgada sąsiadkę. Wiecie co? Ja do tej pory byłam święcie przekonana, że nie da się łączyć tych dwóch twarzy każdego człowieka. Że skoro powiedziałam A (np. nie lubię plotkować) to muszę powiedzieć B (i już nigdy nie plotkować), że skoro zawsze pomagałam swojej przyjaciółce to nie mogę jej powiedzieć "przykro mi, że spotyka cię to w pracy, ale już nasze szóste spotkanie podczas którego rozmawiamy o twojej pracy, czuję się pominięta". Na serio chyba dopiero dorastam, chyba dopiero teraz widzę siebie i innych.

4 maja 2024 , Komentarze (16)

Nie mam pretensji do wszechświata, bo przyczyną tego był/było/była:

- brak regularnego ruchu

- brak pohamowania w jedzeniu słodyczy (nawet 2000 kcl dziennie samych słodyczy)

- siedząca praca (od 3,5 roku jestem na zdalnej, jak ją zaczynałam ważyłam 75 kg)

- zero chęci do życia i aktywności (związane z epizodem depresyjnym)

- brak radości z czegokolwiek

- regulowanie emocji poprzez słodycze, sen, łzy


Nie powiem, że mój stosunek do jedzenia i sportu był zdrowy kiedy ważyłam około 60 kg, bo nie był. Wtedy też miałam wyrzuty sumienia kiedy zjadałam za dużo słodyczy itp., ale czerpałam więcej radości z życia: spotkania towarzyskie, dobry związek (nikt mnie oceniał, nie opieprzał za głupoty itp.), sport rekreacyjny typu rower. Mogę powiedzieć, że małżeństwo i zmiana kraju źle na mnie wpłynęły, ale to tylko jakieś 20% przyczyn mojego tycia, które trwa około 5 lat. Mam najbardziej żal do siebie, że nie potrafiłam tego zatrzymać i nie chcę się tłumaczyć, że zajadałam się wieczorami słodyczami, bo mąż zły i życie złe. Zajadałam się, bo to ja nie potrafiłam ogarnąć tego co dzieje się wokół mnie, było dla mnie wszystkiego za dużo i nie potrafiłam temu sprostać. Niestety należę do osób, które przejmują się każdą złośliwą uwagą itp., ale chyba najgorsze we mnie jest to, że nie reaguję! Ktoś mnie zarzuca nowymi obowiązkami - ja siedzę cicho, ktoś przekracza moją granicę sarkazmem - ja siedzę cicho. Wszystko idzie “do środka”, złość na tę osobę i na siebie samą, bo nie zareagowałam. W ogóle nie radziłam sobie z emocjami, zajadałam je, wypłakiwałam, przesypiałam itp. Ale wiecie co? Ja nie wiem czy ja wrócę kiedykolwiek do tych 62 kg…nie wiem czy to możliwe, nie wiem czy chcę…nie wiem czy chcę wyjść z tej skorupy, którą jest teraz dla mnie ten tłuszcz. To jakby moja zbroja. I wreszcie: nie wiem czy potrafię zrezygnować z regulatora moich emocji, czyli słodyczy…

17 marca 2024 , Komentarze (9)

W minionym tygodniu udzielono nam rozwodu. Jak się czuję? Chyba dobrze, bo nie jesteśmy ze sobą prawie rok, na rozwód czekaliśmy 4 miesiące od dnia złożenia wszystkich potrzebnych dokumentów, więc to takie oficjalne zamknięcie i być może rozpoczęcie czegoś nowego. Hmmm tylko czego? Zawsze myślałam, że każdy początek czegoś nowego=nowa ja. Niestety to byłam tylko stara ja w nowym miejscu, stara ja ze swoimi problemami i “demonami”, które podróżowały razem ze mną. Naiwnie myślałam, że nowe rozdanie to jest to, a to tylko gówno prawda.

3 marca 2024 , Komentarze (9)

Co się wydarzyło przez ten czas?

- mój prawie 8-letni związek, o którym tu pisałam rozpadł się

- szybko potem wyszłam za mąż za innego, zmieniłam kraj i rozwodzę się w tym roku

- przez te lata przytyłam 25 kg (teraz na liczniku 86)

- zaliczyłam depresję, terapię grupową na oddziale dziennym i nadal jestem w psychoanalizie prywatnie

- walczę o siebie

- kiedy czytam wpisy z 2015 roku to jakbym czytała wpisy obcej osoby


13 czerwca 2016 , Komentarze (7)

Trzymam się siłowni, postanowień, w miarę zdrowej diety (takie MŻ, bo nie liczę makro) i jestem zadowolona. Ostatnio miałam stresujący czas, ale za to pary w rękach za dwoje. Teraz jest już lepiej, bo znowu śpię całą noc, bez gonitwy myśli co 2h :)

A z takich nowości to wykupiłam sobie zabieg ultradźwiękiem pt. "liposukcja bez skalpela" na bryczesy, bo nieważne ile bym ważyła zawsze będą dziwnie odstawać, szczególnie ten prawy z jakąś dziurą :< no i może podziała na cellulit na tyłku. Jutro drugi zabieg, trwa ok. 1h, razem będzie 6 zabiegów. Tak się rozpieściłam, a co! Nigdy nawet na regulowaniu brwi nie byłam, a tu proszę z grubej rury pojechałam :PP

28 kwietnia 2016 , Komentarze (2)

Wydaje mi się, że odkąd chodzę na siłownię moje życie to ciągła bieganina, ale lubię to uczucie, bo mam świadomość tego, że wyciskam je jak cytrynę :) Czy w ciele zaszły jakieś zmiany? Minus niecały cm w udzie, pupa jakby krąglejsza, po 2 tyg brzuch się zmienił, ale z dietą jako tako, bo może nie jem super zdrowo, ale nawet jak zjem kawałek czekolady albo zjem hamburgera (taki robiony, a nie z maka)+ piwo to wszystko mieści się w wyznaczonych kcal. Ciężko mówić o jakiś zmianach po 40 dniach na siłce (2 dni treningu, przerwa, 2 dni treningu itd.), tego nie robi się w tygodnie, a w m-ce i lata.

Z innych dziedzin to polubiłam robienie hybryd <3 to było dla mnie wielkie wyzwanie, bo rzadko, poza kolorem french manicure, palowałam paznokcie. No i ich wygląd poprawia się, nawet coś tam zapuszczam, to pewnie bardziej dzięki suplementacji.

20 marca 2016 , Komentarze (8)

Od czwartku chodzę na siłownię, jest super! Czuję każdy mięsień, mam zakwasy, ale wiem, że to działa! Dzisiaj i jutro rest, a potem od wtorku do piątku/soboty znowu daję z siebie wszystko. Niczym się nie przejmuję, sapaniem, krzywieniem się, robię swoje. Miejsca jest mało, ale to motywuje to przełamania się i wejścia między 10 chłopa żeby zrobić coś hantlami czy sztangą. Mam nadzieję, że za 3 miesiące pochwalę się tutaj fajnymi fotkami :)


14 marca 2016 , Komentarze (4)

Trochę mnie nie było. Latałam do Irlandii (mój pierwszy lot w życiu!) i jakoś przekonałam się, że nie chcę tam żyć. W celach wycieczkowych jak najbardziej, bo jest co zwiedzać, no i morze (zakochany)ale z pracą nie jest tam tak wcale super, a iść do pracy na farmę i liczyć, że kiedyś nauczę się na tyle angielskiego żeby pójśc do sklepu albo biura, marzenie ściętej głowy. Rodzina mojego faceta, u której on mieszka, daje sobie radę, bo są we dwoje, ale osobno przy ich zarobkach zostałoby "życie po studencku/", czyli wynajmowanie pokoju. Szczerze to bardziej doceniłam swoje życie tutaj, swoją pracę, własne mieszkanie itp. Ale za 1,5 miesiąca znowu tam lecę na 2 tygodnie :D

Od jakiegoś czasu zastanawiam się czy nie zacząć chodzić na siłownię :? W domu jest szybciej i wygodniej, ale czuję się ograniczona. Mój brat cioteczny jest trenerem i ma własną małą, klimatyczną siłownię, ok. 20-25 min jazdy autobusem ode mnie, pomógłby mi na początku, bo co tu dużo kryć, nie znam się na tych maszynach. Z jedzeniem też kiepsko, pofolgowałam sobie, ale czas przystopować, bo zima to piękna pora roku - można schować się za długim płaszczem, a zaraz wiosna i chcąc nie chcąc trzeba się odsłonić ;)

A z takich babskich spraw, kupiłam sobie sprzęcior do hybryd i jestem bardzo zadowolona. Muszę tylko popracować nad stanem swoich paznokci, rozdwajają się i na takich paznokciach hybryda wytrzymuje ok. tydzień (odchodzi lakier). Kupiłam tran, cynk (niby pomagają, zobaczymy).

16 stycznia 2016 , Komentarze (7)

Zaraz ruszam w całonocne tango! (alkohol) Na dworze jest pięknie! Spacer i bieganie po zaspach zaliczone ;) Złota myśl na dziś to bezcenne rady dla każdej kobiety!

© Fitatu 2005-25. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Serwis stosuje zalecenia i normy Instytutu Żywności i Żywienia.