...oczywiście w dobrym sensie :)
Ciężko mi kiedy widzę w sobie, i innych ludziach, hipokryzję, kiedy nie ma w naszym zachowaniu i myśleniu konsekwencji. Przykład z dzisiaj: obserwuję na Instagramie kobietę, która jest w związku z obcokrajowcem (narodowość, gdzie przeważa islam; kraj słynący z wakacyjnego podrywania Europejek). Jej profil jest ok, jest tam dużo wiedzy, czasem żartobliwego sarkazmu. Nie wybiela ona kraju swojego faceta ani nie oczernia polskich facetów, którzy na jej profilu zostawiają dużo szamba w postaci rasizmu i nacjonalizmu. Niestety dzisiaj sama nagrała relację, z której wynika, że ma problem z Ukraińcami, bo coś znalazła na tiktoku. Jak wszyscy wiemy to, co jest w internecie najlepiej podzielić na pięć. Nie mamy wpływu na to co i kto tam publikuje, czy te komentarze piszą rzeczywiste osoby, a nawet jeżeli to prawdziwe osoby to nie wiemy, czy nie mają na celu siania fermentu, ot tak, dla fanu. Napisałam do niej wiadomość prywatną i tam jeszcze bardziej pokazała jak Ukraińcy w Polsce jej przeszkadzają (chociaż sama ostatni raz w Polsce mieszkała 7-8 lat temu). Tu nawet nie chodzi o to, kto i w czym ma rację, po prostu doznałam dysonansu poznawczego, że osoba, która doświadcza rasizmu, agresji z powodu swojego związku, odpowiada tym samym w stronę innej narodowości. Sama swoim hejterom tłumaczy, że wszystkich mieszkańców kraju jej męża nie można wrzucać do jednego worka, ale robi to samo z inną narodowością.
W moim wpisie nie chodzi o tę konkretną historię, ale chodzi mi o moje postrzeganie tej sytuacji, a mianowicie, że chyba myślę zbyt czarno-biało, bo być może to normalne, że możesz oczekiwać wyrozumiałości od ludzi a tym samym mieć problem z jakąś grupą osób. Ciężko mi wytrzymać, że mamy dwa oblicza w zależności od sytuacji.
Terapia zryła mi banię, bo opadają mi klapki z oczu, widzę siebie i innych zupełnie inaczej. Zawsze postrzegałam siebie aż za dobrze, bo "przecież jestem taka uczynna, wyrozumiała" itp., a tak naprawdę chciałam nosić pelerynę najlepszego człowieka na świecie. Co mi to dało? Tylko wkurzenie i depresję, bo: a) moja teoria, że takie osoby są lubiane to bullshit b) nigdy nie będzie 50-50, i to że ja pobiegłam pomóc koleżance w przeprowadzce to nie znaczy, że ona zrobi to samo.
Powoli do mnie dochodzi, że najlepiej żyje się osobom, które są JAKIEŚ, a osoba JAKAŚ ma dobre i złe cechy, dzisiaj pochwali twoją fryzurę a jutro powie, że sweter, który kupiłaś jej się nie podoba...dzisiaj odwiezie znalezionego psa do schroniska a jutro perfidnie obgada sąsiadkę. Wiecie co? Ja do tej pory byłam święcie przekonana, że nie da się łączyć tych dwóch twarzy każdego człowieka. Że skoro powiedziałam A (np. nie lubię plotkować) to muszę powiedzieć B (i już nigdy nie plotkować), że skoro zawsze pomagałam swojej przyjaciółce to nie mogę jej powiedzieć "przykro mi, że spotyka cię to w pracy, ale już nasze szóste spotkanie podczas którego rozmawiamy o twojej pracy, czuję się pominięta". Na serio chyba dopiero dorastam, chyba dopiero teraz widzę siebie i innych.